Przekraczanie strefy komfortu

przekraczanie strefy komfortu

Jak pewnie zdążyliście się zorientować, my cały czas żyjemy na tzw. „rozruchu” w nowym miejscu. Organizacja życia na równiku nie jest tak szybka, jak mogłoby się wydawać. Mimo to, że z natury jestem zorganizowana i lubię mieć wszystko zaplanowane, tutaj nie każdego terminu udało nam się dotrzymać i często musieliśmy modyfikować pierwotne plany. Te małe zmiany, jak i ta wielka, która nastąpiła w momencie podjęcia decyzji o wyjeździe z kraju, jest niczym innym, jak ciągłym przekraczaniem naszej strefy komfortu. Będąc na miejscu każdego dnia, musimy testować granice jej wytrzymałości i nasze zdolności przystosowania się do nowej sytuacji.

To, co obecnie w naszym życiu jest pewne, to ZMIANA. Widzę po nas, ale również po rodzinach, które poznajemy, że życie na równiku, to NIE TYLKO, jeśli W OGÓLE wakacje, ale również codziennie troski i problemy, z którymi trzeba się zmierzyć. Nowa szkoła syna, nowa praca męża, konieczność odnalezienia siebie w zupełnie nowej rzeczywistości. Te wszystkie czynniki sprawiają, że człowiek zaczyna uruchamiać nowe komórki w mózgu, które dotychczas leżały nieużywane…

Śmiało mogę stwierdzić, że do zmian byłam od małego przystosowywana. Mogłabym się pokusić stwierdzenia, że zostałam

wychowana do życia w zmianie.

Na świat przyszłam we Wrocławiu, jako dwuletnia dziewczynka przeprowadziłam się z rodzicami do Leszna, żeby następnie zacząć studia w Poznaniu. Mój tata przez parę lat dojeżdżał do pracy w innym mieście, więc na co dzień widziałam, że tak można, a czasem nawet trzeba żyć. Jednak pierwszym poważnym krokiem podjętym zaraz po studiach, była przeprowadzka do stolicy. Wyjechaliśmy z Poznania, pozostawiając wygodne i w miarę poukładane życie, które właśnie mieliśmy wspólnie kontynuować. Postanowiliśmy je porzucić, spakowaliśmy parę walizek i

wyruszyliśmy do Warszawy.

Na miejscu wynajęliśmy mieszkanie, które na 20 m² mieściło łazienkę, kuchnię oraz sypialnio-jadalnio-pokój dzienny i zaczęliśmy nowe życie. Wówczas wydawało nam się, że jesteśmy daleko od rodziny, a wyprawa do Poznania (pociągiem) trwała prawie 5 godzin. Na początku przerażała mnie wielkość miasta, ilość ludzi wysiadających z metra, a także codzienne stanie w korkach. Jednak z czasem człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego i nawet powrót w śniegu, w 3-godzinnym korku do domu, z perspektywy czasu wydaje się śmieszny. Jak to mówią „stolica da się lubić” i ja jestem z tych, którzy miło ją wspominają. Po paru miesiącach jeżdżenia komunikacją miejską

wsiadłam do auta

i przełamałam swój kolejny strach. Choć prawo jazdy miałam już od paru lat, jazda po tak dużym mieście, kilkupasmowych rondach, a także konieczność ekspresowej zmiany pasa ruchu były dla mnie nie lada wyzwaniem. Po paru miesiącach potrafiłam już parkować wzdłuż, w poprzek, a czasem nawet bez żadnej logiki, byle się wbić w znalezione pod domem miejsce. Potem pojawił się mały człowiek, który chyba był i jest największym testerem granic naszej strefy komfortu. Jak się domyślacie chodzi o

naszego synka.

Ameryki nie odkryję, pisząc, że dziecko zmienia w życiu wszystko. Zmienia, to mało powiedziane, ono rewolucjonizuje to, co dotychczas mieliśmy i wydawało nam się pewne i proste do osiągnięcia. Mając dziecko, nic już nie jest takie samo, musimy całe życie dostosować pod tego małego człowieczka, i nagle okazuje się, że ONO jest ważniejsze niż MY. To dziecko dyktuje, kiedy wstajemy, kiedy jemy, kiedy i czy w ogóle wypijemy ciepłą kawę. Po powrocie do pracy wpływa na to, czy wyjdziemy na czas z domu, czy kreacja wybrana nie będzie musiała być po śniadaniu przebrana, a przede wszystkim uczy nas odpowiedzialności za drugiego człowieka. Nasz mały tester niejednokrotnie nas sprawdza i usilnie próbuje przekroczyć granice naszej wytrzymałości. I jedynie konsekwencja i spójność poglądów rodziców mogą zachować go w ryzach, względnie ułożonego dziecka. Gdy już otrząsnęłam się po dziecku i zaczęło mnie „nudzić” moje komfortowe, poukładane życie postanowiłam

zatrudnić się w korporacji.

Przeprowadzając się do Warszawy, widziałam siebie raczej w małej firmie, w której nie będzie godzinnego lunchu, a następnie pracy do wieczora, a mój kalendarz nie będzie pękał w szwach od tysięcy spotkań. Owszem rozpoczęłam swoją karierę w małej firmie, ale po kilku latach zaczęłam chcieć więcej. Od tego momentu musiałam się zaprzyjaźnić z wysyłaniem dziesiątek maili dziennie i z wypełnionym po brzegi kalendarzem. Były też poranne motywacyjno-życiowe rozmowy przy kawce z ulubioną koleżanką, a także codzienne szukanie work & life balance. Z tym tematem miałam niejednokrotnie bliskie spotkanie i był to częsty gość tematów poruszanych w naszym domu. Jednak to, jak i w ogóle praca w korporacji wiele mnie nauczyły, bo poza rozwojem zawodowym, otoczona byłam ciekawymi ludźmi i każdego dnia wynosiłam nowe doświadczenia. Ja chyba mam szczęście do testowania siebie, bo pracowałam w dziale, który można śmiało nazwać,

był w ciągłej zmianie.

To, co było w tym dziale pewne to dana chwila, jutrzejszy dzień mógł już nas zaskoczyć. Nie każdy w tym się odnajdywał. Trzeba być nieszablonową osobą, żeby czuć się dobrze w atmosferze ciągłej rewolucji – zmian systemowych, budowania nowych procesów i zmian odpowiedzialności w zakresie stanowisk. To, co człowiek mógł wynieść (jeśli był na to gotowy) to ogrom doświadczenia, wdrażania nowych rzeczy, a także realizacji swoich projektów, których w poukładanym dziale byśmy nie doświadczyli. Duże poczucie autonomii na stanowisku i wprowadzenie paru ulepszeń w obrębie swojego stanowiska

doprowadziły mnie do awansu.

Kolejnym wyjściem ze strefy komfortu w „korpoświecie” był awans na stanowisko, którego zakres wiedzy mocno przekraczał moje dotychczasowe doświadczenie. Rzucona na głęboką wodę, chwilami tonęłam, ale na szczęście pomocne osoby i dostarczane mi koła ratunkowe potrafiłam sensownie wykorzystać i ostatecznie przetrwać. Nie będę pisała, że początki były łatwe, przyznam szczerze, były bardzo trudne! Bo oprócz wiedzy merytorycznej związanej z nowymi obowiązkami, musiałam również rozwinąć swoje umiejętności, w korporacjach nazywane, miękkimi. Kiedy zaczęłam się czuć pewnie na objętym stanowisku, w naszym życiu równocześnie działy się duże zmiany, które doprowadziły nas do jednego wniosku

chcemy kolejnej rewolucji.

Mając poukładane życie, pracę, mieszkanie, zorganizowane przedszkole i godziny powrotów do domu, postanowiliśmy tym razem wyskoczyć poza naszą strefę komfortu. Marzenie rodziło się od paru lat, najpierw bardzo nieśmiało, później już głośno zaczęliśmy rozmawiać o tym w domu. Jednak marzenie o czymś, a powiedzenie „tak bierzemy tę propozycję”, kiedy już jest ona na stole to dwie zupełnie inne sprawy. Jednak po analizie wszystkich za i przeciw doszliśmy do wniosku, że przecież bardzo chcemy tej rewolucji. Kiedy jak nie teraz będzie lepszy moment, więc powiedzieliśmy sobie:

Tak, to jest ten czas!

W naszych głowach pomysł rodził się wcześniej, ponieważ bardzo chcieliśmy wyjechać przed rozpoczęciem szkoły przez Maksa. Udało się rzutem na taśmę ten cel zrealizować, a jak wygląda wybór idealnej szkoły dla dziecka, możecie dowiedzieć się z postu o edukacji w Singapurze i naszym wyborze szkoły międzynarowej. Jak organizujemy wynajem mieszkania czy jak przebiega nasza aklimatyzacja, napiszę wkrótce. Pierwsze wrażenia z Singapuru są bardzo pozytywne i śmiało mogę powiedzieć, że spotkały się z naszymi marzeniami prawie w punkt. O wrażeniach po miesięcznym pobycie pisałam w poście pod tytułem Singapur – miasto kontrastów, który podzieliłam na dwie części – część drugą przeczytasz tutaj. Jednak podejmując decyzję, myśląc o możliwościach dla Łukasza, Maksa, pojawiło się równie ważne dla naszej rodziny pytanie:

a co dalej ze mną?

Od zawsze byłam osobą, która do życia potrzebowała działania: pracy, wyjść, spotkań ze znajomymi. Nagle miałam wszystko rzucić i wyjechać na drugi koniec świata? Wiele znających mnie bliżej osób twierdziło, że nie usiedzę na miejscu. I wiecie co? Mieliście rację, rzadko kiedy siadam z drinkiem na basenie (o co mnie podejrzewaliście przed wyjazdem). Snułam pewne plany na swoją przyszłość w Singapurze. Jednak tak naprawdę stwierdziłam, że w tym momencie stawiam na rodzinę i może życie samo wykreuje jakieś możliwości. I tak się dzieje. To niesamowite doświadczenie, jak wiele rzeczy człowiek bez etatu zaczyna dostrzegać, jaki ogrom możliwości i perspektyw rozwoju. Zwykle nie są one związane z dziedziną, w której dotychczas pracował. Chwilowo ze względu na organizację rodzinną, praca na etacie nie jest możliwa, ale dzięki temu odnajduję w sobie motywację do innych działań, o które wcześniej bym siebie nie podejrzewała. To, co z wyjazdu niewątpliwie wyniosę to

język angielski i wielki bagaż doświadczeń.

Obcy język to również dla wielu osób przekroczenie strefy komfortu, dla mnie również. Nigdy dotąd nie żyłam w środowisku, w którym mówi się w tylu obcych językach. Usłyszeć polski na ulicy to prawie jak spotkać małpę w parku (widziałam dotychczas raz). Oczywiście mamy już znajomych Polaków, ale z reguły towarzystwo jest „mieszane” i często dominującym językiem jest angielski. Coraz bardziej przyzwyczajam się do nowej sytuacji, ale wciąż nie jest to dla mnie naturalne. Myślę, że jakakolwiek bariera, która siedzi jeszcze w mojej głowie po paru miesiącach, powinna zostać całkowicie wyeliminowana.

Czy wiedząc to wszystko, coś bym zmieniła?

Nie, nic! Każdy z tych etapów był mi potrzebny i z każdego czerpałam i nadal chłonę doświadczenia, które w przyszłości myślę, że zaprocentują. Wyjazd na dwutygodniowy urlop zwykle nie daje nam poglądu, jak wygląda normalne życie w wakacyjnym klimacie. My też dotychczas myśleliśmy, że to musi być bajka. Wstajesz rano, świeci słońce, wychodzisz o godzinie 20 na basen i nadal jest ciepło. Ale poza weekendami, w tygodniu musisz w tym klimacie ubrać do pracy długie spodnie i koszulę. Czasem występuje tutaj deszcz, którego w Polsce nigdy nie zaznaliśmy. Oczywiście pogoda, piękna zieleń, widoki i ogrom atrakcji wynagradzają trudy, jakie trzeba ponieść w związku z przeprowadzką i każdemu, kto zastanawia się nad taką zmianą powiem jedno

NAPRAWDĘ WARTO przekraczać swoją strefę komfortu.

A dlaczego? Przeczytajcie o smakach życia na emigracji


24 Replies to “Przekraczanie strefy komfortu”

  1. Ilonka super wpis! pierwszy taki ”od serca”. Pisz tak dalej, super się czyta i chcemy więcej 🙂

    1. Dziękuję Martyna, postaram się więcej „serca” włożyć w swoje wpisy 🙂

  2. Świetne doświadczenia. Ogromnie Ci zazdroszczę tego wyjazdu do Singapuru. We mnie też kiełkuję podobne pragnienie. Może za jakiś czas też się odważę. 🙂

    1. Monika, do odważnych świat należy 🙂 Gwarantuję, że nie pożałujesz, doświadczenie niesamowite! Pozdrawiam

  3. Wow! Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojego podejścia do życia i otwartości na nowe rzeczy! Bardzo przyjemnie czytało mi się Twój wpis i aż zachciało mi się jakiejś nowości we własnym życiu! 🙂

    1. Sylwia, do dzieła:)

  4. Zgadzam się w 100%, wyjście ze strefy komfortu często oferuje nam zmiany, które są megapozytywne! Dwa lata temu zarówno ja, jak i mój obecny mąż (którego poznałam miesiąc po podjęciu decyzji o zmianie) chcieliśmy coś zmienić w życiu – a okazało się, że chcieliśmy zmienić w zasadzie wszystko, i właśnie dzięki temu się poznaliśmy 🙂 Dlatego jak najbardziej jestem ZA – byleby każdą większą zmianę porządnie przemyśleć 🙂 Pozdrawiam!

    1. Najważniejsze to podejmować decyzje wspólnie i analizować w nich dobro wszystkich uczestników zmiany. W razie błędu nie będzie jednego winnego, a konsekwencje poniesiemy wszyscy 🙂 Pozdrawiam

  5. Piękna opowieść o prozach życia codziennego… takie normalne, naturalne i bardzo wciągające- być moze dlatego, że tak dobrze znane 😉

    1. Życie pisze najciekawsze scenariusze, my tylko musimy pomóc je wyreżyserować 🙂
      Pozdrawiam

  6. Jak to kiedyś pięknie podpowiedziało mi Momentum:
    A Ship in Harbor Is Safe, But that Is Not What Ships Are Built For 🙂
    Dla mnie takim przekraczaniem własnych granic jest właśnie mówienie po angielsku

    1. Bardzo dobre motto 🙂
      Nie wyruszając z portu niczego się nie nauczymy….
      Pozdrawiam

  7. Świetny wpis 🙂 Opuszczanie strefy komfortu jest bardzo rozwijające i naprawdę warto 🙂

    1. Agnieszka, zgadzam się w 100% z Tobą. Czasem to opuszczanie strefy bywa bolesne, ale z upływem czasu widzimy jak wiele dzięki temu udało się osiągnąć.
      Pozdrawiam

  8. Swietny wpis! Uwielbiam tu do Was zagladac, tym bardziej, ze rzeczywiscie Polakow mieszkajacych w Singapurze az tak wielu nie ma, a my pokochalismy to miejsce z calego serca. Przekraczanie granic strefy komfortu daje wielkie doswiadczenie i kopa do dzialania,mnostwo satysfakcji! Pozdrawiamy cieplutko Singapur z naszej slonecznej Malty! 🙂

    1. Dziękuję 🙂 Singapur jest niesamowity, ale Malta też niczego sobie… 🙂 Miłego dnia dla Was

  9. Jejeu- podziwiam Was! <3

    1. Bez przesady, to nie lot w kosmos 🙂 Pozdrawiam

  10. Ewa Majewska says: Odpowiedz

    Ilonko, wspaniały, interesujący blog. Serdecznie gratuluję! Pozdrowienia dla Ciebie, Łukasza i odważnego Maksia.

    1. Bardzo dziękuję, pozdrawiamy Was serdecznie 🙂

  11. Przeczytałam na jednym oddechu 🙂 I to nie tylko dlatego że łączy nas Leszno (w którym cały czas mieszkam), ale Twoje lekkie pióro 🙂 Z ciekawością będę czytać dalej.

    1. Cześć Aneta, bardzo mi przyjemnie, wpadaj często 🙂

  12. Rewelacja Ilona! Znam to uczucie kiedy strefa komfortu jest na granicy pęknięcia, zawahanie i … niech się dzieje wola Pana 😉

    Gratuluje odwagi i zaparcia by nie zrobić kroku w tył, zazdroszcze (ale zdrowo!) chłonienia różnych kultur, smakowania kuchni i widoków zapierających dech w piersiach. Brawo!

    PS: czy czegoś Ci nie brakuje z Polski? Np… ptasiego mleczka lub krówek? ;D

    1. Bardzo dziękuję za ciepłe słowa 🙂
      Oczywiście, że brakuje… rodziny, przyjaciół, odrobiny chłodu i….majonezu ;)))

      Pozdrawiam z równika 🙂

Dodaj komentarz