targ w Bac Ha
Podróże,  Wietnam

Niebanalna podróż na kolorowy targ w Bac Ha

W ciągu najbliższych tygodni będę wracała wspomnieniami do naszej wyprawy do Wietnamu. Moje osobiste refleksje związane z tym wyjazdem opisałam w poprzednim poście, teraz chciałabym się skupić na kwestiach organizacyjnych naszej wycieczki. W przeciwieństwie do wyjazdu na Bintan, tę wyprawę w całości zaplanowaliśmy sami. A jak wiadomo przy takich wyjazdach, trzeba być gotowym na różnego typu niespodzianki i jak się w czasie podróży okazało, Wietnam przygotował ich dla nas niemało. Już podczas pierwszej wyprawy na targ w Bac Ha mogliśmy się przekonać, że będzie „wesoło”.

Dlaczego wybraliśmy Wietnam na tygodniowy wyjazd? Głównie z powodu pogody. Brzmi to dość trywialnie, ale gdy już termin urlopu był potwierdzony, okazało się, że u większości z naszych sąsiadów obecnie panuje pora deszczowa. Nie chcieliśmy spędzić wakacji w pokoju hotelowym, więc woleliśmy nie ryzykować. I choć w Wietnamie pogoda też była niepewna, to na szczęście nam dopisała przez cały wyjazd.

Przebyliśmy łącznie prawie 1000 km i to jedynie zwiedzając północną część Wietnamu. Przemieszczanie się po Wietnamie nie należy do najprostszych, również z powodu oszustów czyhających na turystów na każdym kroku.

 

W trakcie naszej wyprawy odwiedziliśmy:

  • kolorowy targ w Bac Ha;
  • przepiękne pola ryżowe w Sa Pie;
  • klimatyczne Hanoi;
  • przereklamowane Halong Bay.

Informacje podstawowe:

  • waluta: 1 SGD=17026,42 VND (dong wietnamski);
  • język: wietnamski;
  • wiza dla Polaków: obowiązkowa, możliwa aplikacja on-line (wiza jest płatna);
  • szczepienia: nieobowiązkowe, ale zalecane na dur brzuszny, WZW typu A i B;
  • pogoda: różna, w zależności od regionu.

 


Droga pełna niespodzianek do targu w Bac Ha

Noc w wietnamskim pociągu

W wietnamskiej kolejce, jako jednej z atrakcji naszej wyprawy spędziliśmy dwa razy po 8 godzin, każdorazowo przejeżdżając po niecałe 300 kilometrów. Celem naszej podróży było dotarcie na targ w Bac Ha, który odbywa się tylko w niedzielę. Urlop rozpoczynaliśmy w sobotę więc po przylocie do Hanoi, krótkiej przerwie na posiłek, poszliśmy na nocną jazdę pociągiem do miejscowości Lao Cai. Maks czuł dużą ekscytację związaną z podróżą, która i nam się udzieliła…

 

Klasa ekonomiczna

Kiedy podstawiono nasz pociąg, zmęczeni ilością środków transportu, którą zaliczyliśmy tego dnia pognaliśmy na zasłużony „odpoczynek”. Idąc wzdłuż wagonów, minęliśmy wagon numer 10, gdzie w przedziale na stoliku stały kwiatki, czajniczek z herbatą (za którą już tak tęskniłam) i butelka wody. Łóżka były pościelone białą poszewką i delikatnie świeciła nocna lampka. Mąż mi oznajmił, że to jednak nie nasz wagon. Idąc dalej, minęliśmy kolejne wagony, numer 9 i 8, w których stała już jedynie woda, nie widać było kwiatków, ani herbatki, ale pościel nadal miała odcień bieli. I tym razem mąż nie zawiódł, „Kochanie, nasz wagon ma numer 7” oznajmił. Na stoliku w tym przedziale nie było ani kwiatków, ani wody, o herbatce nie wspominając. Kolor pościeli wpadał już w odcień brązu, ale dzięki temu szybko wgryzłam się w wietnamskie klimaty.

 

Nasza „złota klatka”

Przedział naszego pociągu to były 2 dwupiętrowe łóżka ze wspomnianą już brązową pościelą i stolikiem nocnym. W przedziale byliśmy sami, była klimatyzacja i zamykane na klucz drzwi, więc jak na klasę ekonomiczną, pełen wypas. Gdy emocje opadły i nacieszyliśmy się ekscytującą nocą, która czekała nas w pociągu dotarło do nas, że tam będzie trzeba jakoś zasnąć. Maks tradycyjnie po przeczytanej bajce usnął snem kamiennym, gorzej było z nami. Ja przy każdym zakręcie miałam wrażenie, że wypadniemy z torów i do dziś pamiętam ten rytmiczny dźwięk jazdy wagonu po torach.

 

Dotarliśmy do Lao Cai

O 5.30 byliśmy „już” w Lao Cai, pozostało nam już tylko dostać się do Bac Ha, oddalonej dwie godziny drogi od Lao Cai. Po wyjściu z pociągu, niewyspani, głodni i marzący jedynie o prysznicu zostaliśmy zaatakowani przez tłum taksówkarzy i chcących nam „pomóc” w dojeździe mieszkańców. Taktyka negocjacyjna, którą objęli, była całkiem sprytna, bo po nocy w pociągu ciężko przeliczyć podawaną w milionach dengów wietnamską cenę.

 

Oferta nie do odrzucenia

Początkowo mieliśmy plan dojechać do targu w Bac Ha autobusem, ale oferta prywatnego kierowcy, oszczędność czasu i komfort jazdy wydała nam się w tym momencie nieoceniona. Na umówioną godzinę pod hotel podjechało auto, a pani która nim przyjechała podobno, nie znała języka. Ku naszemu zdziwieniu, pani po przejechaniu 200 metrów kazała nam wysiąść i przesiąść się na autobus do Bac Ha. Po wielkich bojach i totalnym przebudzeniu po nieprzespanej nocy, odzyskaliśmy pieniądze. Jednak pech nas dalej nie odpuszczał, w kasie biletowej odmówiono nam kupna biletów i kazano kupić je od pani, która nas podwiozła. W tym momencie pomyślałam sobie: „gdzie ja jestem i jak ja ten tydzień w Wietnamie przetrwam”…

 

Nietypowa podróż na targ w Bac Ha

Jadąc autobusem z Lao Cai do Bac Ha odkryliśmy kolejną twarz Wietnamu. Zanim wyjechaliśmy z miasteczka, autobus zatrzymywał się przy każdym potencjalnym kliencie (najlepiej białym z plecakiem), który mógłby potrzebować ich pomocy. Po okrążeniu parokrotnie miasta nasz syn krzyczał przez okno: „the best bus to Bac Ha”. Kiedy wyjechaliśmy z Lao Cai mieliśmy nadzieję, że przystanków nie zaliczymy już wiele. Nic bardziej mylnego, tym razem nie wypatrywaliśmy turystów szukających transportu, ale zbieraliśmy produkty, które można na nim sprzedawać. Od worków z ziarnem zaczynając, na ptakach w klatce kończąc. Po dwugodzinnej podróży mieliśmy na pokładzie wszystko, co jest potrzebne na dobry utarg pod koniec dnia. Brakowało jedynie, żebym dostała kurę lub świnię na kolana.

 

Jazda bez trzymanki

Wietnamscy kierowcy jeżdżą bardzo niebezpiecznie. Jazda na czerwonym świetle, wyprzedzanie na trzeciego, czy przed zakrętem to tutaj standard. Poziom adrenaliny w mojej krwi w trakcie jazdy myślę, że był porównywalny do tego, który miałam jadąc na rollercosterze w Legolandzie.

 

Niedziela 10 rano, dotarliśmy do Bac Ha

Bac Ha jest zlokalizowana na północy Wietnamu, przy granicy z Chinami. W miasteczku poza targiem, który odbywa się raz w tygodniu, niewiele się dzieje. Sam w sobie targ jest bardzo kolorowy, widać wiele pracujących rodzin i życie lokalnych ludzi. Poza przygodami z pociągiem i próbą oszustwa w Lao Cai tutaj zobaczyliśmy inne szokujące rzeczy.

 

ozdoby, targ w bac ha
Nakrycie głowy, część stroju ludowego

 

Eksplozja kolorów i sprzedaż żywych zwierząt!

Na targu oprócz ciuchów, ozdób, jedzenia można było kupić zwierzęta (bawoły, psy, koty, kury). Sprzedawano „tradycyjne” dania prosto z gara, a także grillowane kiełbasy i wybór mięs niewiadomego pochodzenia. Były również nalewki z wężami lub innymi zanurzonymi w nich zwierzętami. W innej części sprzedawano owoce, warzywa, przyprawy i różne korzenie. Wszystkie ceny trzeba negocjować, bo nigdzie nie ma cenników. Cieszę się, że pojechaliśmy tam na początku, bo szybko „zeszłam na ziemię”, po przyjeździe z nowoczesnego Singapuru.

 

stroj ludowy, targ Bac Ha
Stoisko ze strojami ludowymi

 

mięso, targ Bac Ha
Wybór mięs podawanych na miejscu

 

przekąski: kiełbaski z grilla, bułeczki smażone w tłuszczu
Przekąski na targu w Bac Ha, Wietnam

 


To wszystko to wielka ściema

Niesamowicie się cieszę, że mam okazję doświadczać na własnej skórze Azji. Muszę przyznać, że jest ona bardzo ciekawa, szalenie różnorodna, a przede wszystkim każda jej część ma swoje unikalne oblicze.

Niestety odnoszę coraz częściej wrażenie, że albo turyści sami tego chcą, albo biura podróży czy nieuczciwi przewodnicy tak zakłamują rzeczywistość, żeby turysta nie poczuł prawdziwego klimatu Azji. Żyjąc w poukładanym i czystym Singapurze, czy podróżując jedynie do hoteli zapewniających turyście wszystkie atrakcje zamykamy się na prawdziwe oblicze Azji.

 

Turystyczne legendy

W jednym z kolejnych postów opiszę naszą wycieczkę do legendarnego Halong Bay (TOP 3 według większości przewodników o Wietnamie), dla mnie absolutnie przereklamowana miejscówka. Natomiast każdemu, kto planuje podróż do Wietnamu z całego serca będę polecała Sa Pę, która choć jest w pewnym sensie zakopiańskimi Krupówkami, to skrywa w sobie niesamowicie piękny i prawdziwy krajobraz wietnamskich gór w otoczeniu soczyście zielonych (w zależności od pory roku) pól ryżowych.

 

 


 

 

9 komentarzy

  • Kamila

    Ilonko,
    W pelni sie zgadzam,ze podrozowanie „wlasnymi drogami” jest o wiele bardziej ekscytujace i pozwala na odkrycie autentycznego obrazu kraju.
    Super daliscie sobie rade z „przygodami” w Wietnamie. Czekam na kolejna barwna podroz z Wami -swietnie sie czyta Twojego bloga. Buziaki 😘😘😘

    • Ilona

      Dzięki Kochana za komentarz 🙂 Wietnam był bardzo ciekawy, więc parę wpisów o nim jeszcze będzie 🙂 Buziaki dla całej Rodzinki :*

  • Kasia Motyka Kocikowa Dolina

    Witaj Ilona.
    Nic nie dzieje się bez przyczyny, zawsze w to wierzę… mój syn wybiera się do Wietnamu za jakiś czas, więc chętnie podrzucę mu co nieco …
    Piszesz dokładnie to samo, co opowiadało moje dziecko o Tajlandii. Trzeba pojechać na własną rękę, by poczuć klimat taki, jakim jest w rzeczywistości…
    Dodaję blog do obserwowanych i cieszę się że tu wpadłam 🙂

  • Marcel

    Super, że zwiedziliscie północny Wietnam. Nam udało się zobaczyć południe i przyznaję, że znacznie się różni. Czy też było Wam tak zimno w pociągu? 😉

  • Karolina | Worldwide Panda

    Bardzo współczuję takich niemiłych przygód na początku wyjazdu. To potrafi zniechęcić. W Bac Ha akurat nie byłam, ale nie jestem aż taką fanką targów 😉 w Sapie nie opuszczał nas deszcz, a akurat zatoka Ha Long była przepiękna 🙂 naczytaliśmy się o niej sporo i pozytywów i negatywów, więc chyba byliśmy przygotowani na różne warianty 🙂

    • Ilona

      Ja myślę, że pogoda ma również wpływ na nasz odbiór otoczenia. W Sa Pie mieliśmy przepiękne słońce i pola ryżowe wyglądały zjawiskowo. Natomiast na wycieczce w Ha Long było pochmurno i niestety nie zachwyciła nas widoki, tymi które zapamiętałam z internetu czy przewodników…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *