Emigracja – nie tak to miało wyglądać!

emigracja-nie-tak-to-mialo-wyg

Mój pierwszy opublikowany na blogu post był krótką ściągawką dla tych, którzy planują życie na emigracji. Mimo dobrych rad, które myślałam, że pozwolą Wam zdecydować czy jesteście gotowi na tak odważny krok, dzisiaj wiem, że niektórych rzeczy nie da się przewidzieć. Wiele zależy od Waszych rodzinnych planów i miejsca, do którego się wybieracie. Jednak niezależnie od tego, ile byście przeczytali książek czy publikacji w internecie, na pewne rzeczy nie da się przygotować. Nikt Wam nie da złotej recepty na życie na emigracji, jego smaki, a wraz z nimi cienie i blaski. Niejednokrotnie będą one zaburzały Wasz rodzinny spokój. Każda rodzina będzie to przeżywała na swój sposób i pewne etapy aklimatyzacji w nowym miejscu po prostu trzeba przetrwać, tego nie da się uniknąć.

W dzisiejszym poście chciałabym obalić parę mitów, a może czasem Waszych wyobrażeń na temat życia na emigracji, zwłaszcza takiego w tropikalnym klimacie. Bo choć zdjęć pod palmami, możliwości wyjazdów i przebywania w multikulturowym środowisku mamy pod dostatkiem. To jednak są pewne aspekty wyjazdu, na które nie byliśmy przygotowani.

Jako że z natury jestem typem zdobywcy, który gdy sobie coś postanowi, to uparcie do tego dąży, to traktuję te przejściowe problemy, jako wyzwania, którym musimy sprostać. Wiem też, że z perspektywy czasu wszystkie zdobyte tutaj doświadczenia pozwolą nam poszerzyć naszą strefę komfortu.


Emigracja, czyli co wyobrażałam sobie inaczej?

Jakie MITY dziś obalę:

  • MIT nr 1: Codziennie będziesz leżał na basenie lub plaży…

Internet dzisiaj aż „kipi” od słodkich zdjęć pod palmą z laptopem. Praca marzeń, wolny zawód wykonywany na leżąco w hamaku… Podobno to możliwe, podobno wiele osób realizuje dzisiaj w ten sposób swoje pasje. Pasje- może da się realizować pod palmą, pisać bloga przy basenie- również, ale pracować na etacie niekoniecznie. Po pierwsze temperatura na równiku niejednokrotnie jest tak wysoka, że mózg pracuje w zwolnionym tempie, a po drugie to miasto jak każde inne. W tygodniu każdy z nas ma swoje obowiązki i pomimo wachlarza możliwości nikt nie leży cały dzień na basenie. No, chyba że w weekend.

  • MIT nr 2: Masz wizę pobytową, możesz wszystko.

Każda osoba planująca życie poza granicami Unii Europejskiej zdaje sobie sprawę z tego, że w krajach tych najczęściej wymagana jest wiza. Większość z nas zdaje sobie również sprawę z tego, że występują różne rodzaje wiz. Co związane jest bezpośrednio z obowiązkami, prawami i uprawnieniami, jakie dana osoba otrzymuje. O rodzajach wiz, na jakich przebywamy, już pisałam, ale przyznam szczerze, że nie sądziłam, że to potrafi zdefiniować moje życie, a poniekąd pozycję społeczną. Będąc na dependant pass nie mogę samodzielnie otworzyć konta w banku, wynająć mieszkania, a chcąc wykupić abonament na telefon, musiałabym wpłacić kaucję. Dobrze, chociaż, że pieniądze mogę wydawać samodzielnie, bez podpisu męża.

  • MIT nr 3: Bezrobocie na poziomie 2%, na pewno znajdziesz pracę.

Stopa bezrobocia w Singapurze jest rzeczywiście na bardzo niskim poziomie, wynosi około 2%. Jednak z obliczeń wyłączone są m.in. osoby przebywające na dependent pass. A jest ich tutaj niemało. Rząd singapurski ściśle reguluje ilość expatów pracujących w mieście lwa. Firmy dostają limity na zatrudnianie nie Singapurczyków, a zdarzają się stanowiska (np. w sektorze publicznym), na które obcokrajowiec w ogóle nie może aplikować. Wszystko jest tak skalkulowane i dostosowane, żeby expata zapłacił za szkołę, mieszkanie czy opiekę medyczną dużo więcej niż lokalny mieszkaniec. Rząd niczym kurkiem w kranie odpowiednio reguluje pozwoleniami na pracę, w zależności od kondycji finansowej państwa.

  • MIT nr 4: Założenie firmy w Singapurze zajmie Ci 5 minut.

Zajmie, jeśli jesteś Singapurczykiem albo co najmniej posiadasz status PR (permanent residency). To samo dotyczy założenia fundacji, stowarzyszenia, nawet najprostszej działalność, która nie ma celów biznesowych. Są oczywiście formy, które pozwolą na otwarcie firmy, ale związane są z wieloma obostrzeniami, albo z ogromnym wkładem finansowym, na który porywając się, musisz mieć dobrze przygotowany biznesplan. Oczywiście prawa te na przestrzeni lat ewoluują, ale nawet znalezienie informacji na temat możliwości otwarcia działalności dla emigrantów są ograniczone.

  • MIT nr 5: Dziecko nie potrzebuje polskiego. Nauczy się angielskiego.

Oczywiście, że znajomość obcego języka jest dla dziecka ogromną szansą. O zaletach dwujęzyczności zdążyłam już Wam napisać. Jednak jeśli myślisz o powrocie do kraju, musisz być gotowy na to, że język polski trzeba pielęgnować za granicą. Wyjeżdżając do Singapuru, byłam przekonana, że dzieci na emigracji mają możliwość nauki języka ojczystego. Na miejscu okazało się, że takiej opcji dzisiaj nie ma i albo sama zacznę być nauczycielką własnego dziecka, albo otworzę taką szkółkę, ewentualnie zdecyduję się na lekcje on-line (które są prowadzone o 2 w nocy). Znajomość języka polskiego (w tym umiejętność czytania i pisania) to jeden z warunków kontynuowania edukacji w Polsce.

  • MIT nr 6: Super, że pracujesz dla europejskiej firmy.

Azjatycki styl pracy znany jest na całym świecie. Raczej nie jest to najbardziej pozytywna opinia, na jaką można sobie zapracować.  W większości firm pracuje się od 9 do 18, z godzinną przerwą na lunch. Lunch to tutaj „rzecz święta”, wspólne jedzenie i rozmowy to jeden z ulubionych zajęć Azjatów. I nie ma w tym nic złego, dopóki nie masz rodziny i wolałbyś te dodatkowe pół godziny w ciągu dnia spędzić z nimi. Teoretycznie praca dla firmy o europejskich korzeniach powinna być łatwiejsza. Niestety tutaj pojawia się temat innej strefy czasowej. Jeśli współpracujesz z krajami europejskimi to kiedy Ty myślisz o wyjściu z pracy, oni ją zaczynają. Niejednokrotnie więc telefony czy maile grzeją się do czerwoności do późnych godzin wieczornych. A jak to się odbija na życiu prywatnym, odpowiedzcie sobie sami…

  • MIT nr 7: Wszystko załatwi za Ciebie firma.

Osobom, które nie doświadczyły zamorskiej przeprowadzki, może wydawać się, że życie ekspackie to czysta sielanka. Firma wszystko za Was załatwia, podstawia ekipę przeprowadzkową, pomaga znaleźć mieszkanie. Jednak tematy, które koordynuje z Wami firma to nie wszystko. Na miejscu trzeba znaleźć szkołę, transport do pracy, szkoły, czy wpłacić kaucje, o których nikt wcześniej Wam nie wspominał. Wiele firm nie daje również żadnego wsparcia dla pracowników, którzy przebywając pierwszy raz w azjatyckiej kulturze, mogą doświadczyć szoku. Tak naprawdę firma pomaga w kwestiach logistycznych, z resztą zostajecie sami.

  • MIT nr 8: Co tydzień będziesz w Malezji.

Kiedy patrzeliśmy na google maps w Polsce to byliśmy przekonani, że w Malezji będziemy co najmniej raz w miesiącu. Przecież to jest kilkadziesiąt kilometrów od Singapuru. Czterokrotnie większe odległości pokonywaliśmy, jeżdżąc do rodziców z Warszawy. Wyobrażaliśmy sobie wówczas, że na pewno jest jakieś dobre połączenie, ciekawe rozwiązanie, które pozwoli nam podróżować bezproblemowo do innego państwa. Malezja jest ciekawa, tańsza od Singapuru i niewątpliwie godna odkrycia. Jednak na razie nasza przygoda z Malezją zakończyła się na odwiedzeniu Legolandu. Do weekendu w Kuala Lumpur szykujemy się mentalnie już do dłuższego czasu, ale chyba wspomnienia z wyprawy do Legolandu są jeszcze zbyt świeże.

  • MIT nr 9: Dorosły sobie poradzi, ale co z małym dzieckiem?

Wbrew pozorom to chyba nam dłużej zajęła aklimatyzacja w nowym miejscu niż Maksowi. Dzieci nawet bez znajomości języka potrafią świetnie spędzać ze sobą czas i nie mają żadnych barier. Dla dziecka basen na osiedlu czy każde popołudnie spędzane na świeżym powietrzu to namiastka wiecznych wakacji. Szkoły międzynarodowe mają ogromne doświadczenie w pracy z takimi dziećmi, więc dokładnie wiedzą jak pomóc dzieciom w odnalezieniu się w nowym środowisku. Dorosły natomiast musi poradzić sobie sam. W praktyce ten dorosły, mający nawyki pielęgnowane przez całe życie przeniesiony w nowe środowisko, często czuje się jak bezradne dziecko. Basen i słońce też go cieszy, ale poza tym jest praca, rachunki i inne zmartwienia na głowie.

  • MIT nr 10: Każdy tam mówi po angielsku, to z każdym się dogadasz.

W teorii tak jest. Tylko że w praktyce to nie English, a Singlish i do tego trzeba przywyknąć. Nie musisz pytać na ulicy czy ktoś mówi po angielsku, ale to czy go zrozumiesz to druga sprawa. Poziom znajomości i zrozumienia przez Europejczyka azjatyckiego akcentu bywa różny. W różnych sytuacjach będziesz czuł się niezręcznie, że pomimo wieloletniej nauki nadal nie rozumiesz, co mówi do Ciebie hydraulik wymieniający rurkę w łazience.


Dzisiejszy post nie należy do tych najbardziej optymistycznych. Jednak chciałam Wam pokazać, że nawet w tropikalnym klimacie, gdzie codziennie za oknem masz słońce, przy chodniku rosną palmy, a weekend możesz spędzić na plaży, nie wszystko jest jak w bajce. Życie na emigracji zmienia nasz stosunek do wielu spraw, umacnia naszą rodzinę i jest wspaniałą lekcją dorosłości. Jednak musicie wiedzieć, że życie tak daleko od domu, codzienne poszerzanie strefy komfortu, związane jest z dużą dawką emocji. Sądzę, że większości z nich byśmy nie doświadczyli, mieszkając w Polsce.

Czy gdybym rok temu przeczytała podobny post i stałabym przed decyzją o wyjeździe, wpłynęłoby to na nią? Nie. Tak jak napisałam we wstępie, kiedy w coś mocno uwierzę, nic mnie nie powstrzyma przed realizacją marzeń. Sama o wszystkim muszę się przekonać, czasem nawet sparzyć, żeby uwierzyć.

I pomimo pozornych wad życia na równiku, kiedy siedzę w październikowy wieczór na tarasie, a temperatura wynosi 30 stopni, muszę się uszczypnąć, żeby uwierzyć, że to dzieje się naprawdę 🙂


Dodaj komentarz